środa, 28 marca 2012

Rozdział 8. New friend and a big surprise.

                  - Dokonałam wyboru. Nie chciałam żyć....To znaczy chciałam żyć,ale nie miałam nic innego do wyboru.Wisiałam na barierze mostu...i to po tej ZŁEJ stronie.Ledwo co wytrzymywałam. To wiszenie pochłaniało zbyt dużo energii. No proszę kto z was myślałby,że przeżyje.?!-zapytałam z ironią w głosie.
- Może i są wyjątki,ale...nie po tym co ja przeszłam. Uniknęłam śmierci. Dwa razy. Moja trzecia śmierć musiał być już tą prawdziwą. Wiedziałam to. I chyba nawet nie zbyt bałam się końca...przynajmniej tak mi się wydawało,aż do momentu, kiedy  ściskałam barierę. Była morka,śliska i zimna. Tak to prawda,ale jednak dawała poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałam,że dopóki ją trzymam jestem bezpieczna. Ale nie...mój mózg myślał,że jest mądrzejszy. Myślał,że przyswoił sobie informacje o śmierci,że już nie będzie się jej bał. No bo kto boi się czegoś co już jest mu znane? Przecież boimy się tylko rzeczy nieznanych...Czyż nie? A jednak okazuje się,że nie. `Przeżyłam dwie śmierci.` Przecież trzecia nie powinna mi się wydawać czymś strasznym,a przynajmniej nie tak strasznym jak pierwsza. 
Jednak kiedy tylko rozluźniłam uścisk na barierze mostu,z moim ciałem stało się coś czego nie można opisać. Zaczęło się trząść. Mój mózg szalał. Bałam się bardziej niż podczas obydwu wypadków razem wziętych. Te uczucia trwały tylko kilka setnych sekundy. Jednak ja odczułam je jako wielogodzinne. Zanim zorientowałam się,że przez moje palce zaczyna przelatywać powietrze,poczułam coś ciepłego na dłoni. Poczułam drugie 36.6 stopni celcjusza. Uniosłam oczy ku górze. Zobaczyłam ciemne włosy i piękne,jasne niebieskie oczy,które się we mnie wpatrywały.- Stałam na środku kościoła. Opowiadałam wszystkim moją 'przygodę'.
-Chłopak trzymał mnie mocno i kojącym głosem obiecywał,że zaraz znajdę się na powierzchni. Że poczuję grunt pod nogami. Żebym się już nie bała.Zamknęłam oczy. Mimo,że czułam jego ciepła rękę nie mogłam w to uwierzyć. Nie mogłam uwierzyć,że po raz trzeci wygrałam ze śmiercią. Mówi się,że do trzech razy sztuka...u mnie to będzie więcej niż trzy razy. Nawet nie zauważyłam,kiedy chłopak wciągną mnie na górę i przytulił. Byłam w szoku. Nie pamiętam co wtedy czułam,co dokładnie robił,czy coś mówiłam...nic. Wiem tylko,że później chłopka oddał mnie w ręce ratowników,których wcześniej wezwał. Nawet nie zdążyłam mu podziękować. Nie wiem kim jesteś,ale jeżeli jesteś tutaj, z nami, wiedz,że jestem Ci wdzięczna. Już do końca życia będę twoja dłużniczką....-Wtopiłam się tłum. Czułam się jak jakiś obcy. Widziałam,jak ludzie ukradkiem zerkają na mnie. Traktowali mnie tak,jakbym była czymś innym,nieznanym. Ale co im się dziwić.W końcu prawie cały czas tkwię na granicy śmierci. 
                 Kapłan odmówił długą modlitwę za Adrian'a,Dave'a, Coralie'ę i Megan, a także za pijanego kierowcę,przez którego po raz drugi i trzeci musiałam zmagać się z tym okropnym strachem.
              Po mszy wszyscy poszli w to miejsce na moście,na którym stała się ta tragedia,później mieli się chyba udać do gminy, by uzyskać zgodę na zburzenie.
               Ja wróciłam do domu. Wolałam nie igrać z losem. Miałam już wyrobione zdanie na temat tego mostu. Wolałam tam nie wracać. Zamiast tego kontynuowałam pakowanie się. W moim pokoju stało już kilka kartonów,ale żeby zabrać wszystko, potrzeba będzie dużo więcej. Usłyszałam dzwonek do drzwi. Zbiegłam na dół i otworzyłam je.


-Cześć. Przyszedłem się przywitać. Dopiero co wprowadziłem się tutaj-mówiąc to wskazał palcem dom,oddzielony kilkoma innymi domami od mojego.
-Hey. Wejdź.-uśmiechnęłam się przyjaźnie i zaprosiłam chłopaka do środka.- Może się czegoś napijesz?
-Jeżeli to nie problem to poproszę szklankę wody.
-Nie ma problemu-uśmiechnęłam się. Chłopak także odpowiedział mi uśmiechem. Kiedy tylko wszedł poczułam się jakby wypełnił jakąś pustkę w moim sercu. Jakbym zawsze miała tam dla niego miejsce. To było strasznie dziwne,ponieważ pierwszy raz widział tego chłopaka na oczy. Chociaż ten uśmiech...on stanowczo kogoś przypominał.
-Szklanka wody-raz, popcorn-dwa i trzy...jaki oglądamy film?-spojrzałam pytająco chłopaka. Ten pokazał mi tylko swoje zdziwione oczy.-Pomyślałam,że na pierwsze spotkanie film byłby odpowiednim wyborem...no wiesz uniknęlibyśmy tej niezręcznej ciszy,która zazwyczaj występuje kiedy gadasz z nieznajomą Ci osobą.
-Wiesz,właściwie to my się--
-Chwilka,tylko sprawdzę kto to-przerwałam chłopakowi,kiedy tylko usłyszałam dzwonek. Właściwie to się ucieszyłam. Nie lubiłam poznawać nowych osób. A już szczególnie kiedy wiedziałam,że znajomość nie potrwa dłużej niż tydzień...tylko tyle zostało do przeprowadzki. Otwierałam drzwi z nadzieją,że to jakaś znana mi osoba,która wpadał pogawędzić...chociaż szanse na to były minimalne....nie miałam zbyt wielu znajomych...Przed wejściem stał kurier z wielką,brązową kopertą w ręku.
-Blair Haywood ? Mam przesyłkę
-Tak to ja.- Kurier poprosił o podpis. Po podpisaniu się odebrałam list. Byłam bardzo zdziwiona a zarazem podekscytowana. Przesyłka? Do mnie? ,myślałam. weszłam do salonu i ujrzałam chłopaka oglądającego zdjęcia,które stały z szafce. Na większości byłam razem z Joe'em,byliśmy nierozłączni,więc zdjęcia także mieliśmy razem.
-Przepraszam, ja...
-Nic nie szkodzi. Pewnie zapytasz się o tego chłopaka. Uprzedzam to nie jest mój brat. To mój przyjaciel,chociaż...nie widzieliśmy się od 9 lat,wiec nie sądzę,aby ta więź między nami mogła zaszczytnie nazywać się przyjaźnią.
-Byliście blisko między sobą? Myślisz,że raz nawiązana przyjaźń da się zniszczyć tylko przez czas?
-Byliśmy trzy lata,dzień w dzień razem. Z początku pisaliśmy do siebie,ale później nasz kontakt znikł całkowicie. No pewnie tak. Znaliśmy się przez trzy lata,a nie widzieliśmy przez 9. Na dodatek byliśmy tylko dziećmi.
-Na tych zdjęciach wyglądacie na szczęśliwych. I to bardzo -mówiąc to uśmiechnął się.-Gdybym to ja był w twojej sytuacji,dla mnie czas nie stanowiłby żadnej przeszkody. Przecież czas da się nadgonić.-dlaczego mi o tym mówił? Znałam do od jakiś 10 minut,a on rozmawiał ze mną jak z dobrze znaną sobie osobą. Nastała cisza. Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Już miałam ponownie zadać pytanie o film,ale chłopak uprzedził mnie.
-Co to jest?-zapytał wskazując na kopertę w mojej ręce. Nawet zapomniałam,że ja wciąż trzymam.
-Ahh. Myślę,że..no..koperta. Co jest w środku, nie wiem.- otworzyłam kopertę. Wyciągnęłam ze środka kartkę. ''Szanowna Blair Heywood. Mamy zaszczyt poinformować Cię,iż...'' czytałam treść listu i nie mogłam uwierzyć w to co widzę.- Boże! -krzyknęłam i rzuciłam się nowo poznanemu chłopaki na szyję.
-Wow-był trochę zszokowany,ale widziałam uśmiech na jego twarzy. Uścisnął mnie.
-Nie mogę w to uwierzyć.!- Czułam się dziwnie,ale zarazem byłam prze szczęśliwa. Pierwszy raz od tamtego wypadku czułam się,nie wiedzieć czemu aż tak uradowana. Ten chłopak działał na mnie tak,jak kiedyś koka. Tylko,że działanie nieznajomego z minuty na minutę stawało się większe,a nie słabsze,jak w przypadku narkotyku. Dopiero teraz zauważyłam,że nawet nie znam jego imienia. Kim jest ten chłopak.?!


_________________________________________________________________________________


Trochę dłuugi wyszedł,no ale co tam .:  ) Pisałam ten rozdział dobre 5 godzin. Weroniko,specjalnie dla cb.! Z racji,że masz dzisiaj urodzinki   
Sto Lat, Sto Lat Kochana .! Spełnienia Marzeń I Wszystkiego Naaj.!

+ Chciałabym podziękować wszystkim,którzy czytają tego bloga. 160 wyświetleń.! : ***
                                                                               DZIĘKUJĘ.!


~ Alex . ; )

poniedziałek, 26 marca 2012

Rozdział 7. Is it penalty 'cause of my past ?

             Bałam się. Cholernie się bałam. W głowie miałam mętlik. Nie panowałam nad swoimi emocjami,nie mówiąc już o ciele.Nie wiedziałam co dzieje się dookoła mnie. Każda sekunda ciągnęła się jakby przez wieki. Nie myślałam efektownie. Mój mózg chyba przyzwyczaił się do myśli o śmierci bo nawet nie reagował na zagrożenie,które było już tak blisko mnie. Wszystko działo się w zwolnionym tempie, ruch kół samochodowych, moje  bodźce, moje myślenie.....chociaż ono chyba znikło bezpowrotnie. Ten cholernie powolny ruch wywierał na mnie jeszcze gorsze uczucie przerażenia. Miałam stanowczo zbyt dużo czasu na myślenie o tym,jak będzie wyglądać moje ciało po wypadku,którego nie uniknę, ale miałam zbyt mało czasu by uciec. Mimo braku pracy mózgu,moje kończyny próbowały się ratować. Ciało mimo woli mózgu chciało tu pozostać.
          Moje ręce i nogi samowładnie się poruszały. Może chociaż one myślały trzeźwo.?
Panika, przerażenie, strach, ból, uczucie ciężkości, bezradności. To były jedyne odczucia na co, co działo się dookoła mnie. Ręce złapały się bariery mostu, do której podbiegły nogi, zabierając ze sobą resztę bezwładnego już ciała. Ośrodek pracy wszystkich moich komórek zepsuł się. Nie ma co...wybrał odpowiedni czas i miejsce....
Ręce przerzuciły resztę ciała przez barierę mostu. Nogi wisiały w powietrzu. Teraz mózg zaczął myśleć. Kolego...chyba ze mną nie współpracujesz... -byłam zła na mój....mózg...A może jednak jestem chora psychicznie? Na pewno nie jest teraz czas na myślenie o tym. Zaczęłam układać sobie wszystko w głowie... Okey...przeżyłam wypadek...po raz drugi. Ale wpakowałam się w następne kłopoty...teraz już nic mnie nie uratuje..... 
         Rękoma trzymałam zimną,mokra i śliską barierę. Czułam jak moje ręce ześlizgują się. Wiedziałam,że za chwilę spadnę. Mój los był już przesądzony. Słyszałam bicie mojego serca. Łomotało jak szalone. Chyba chciało mi dać znak,że tam jest i boi się o swoje dalsze istnienie. Nie tylko ty się boisz! - miałam ochotę mu powiedzieć. Boże ja rozmawiam ze swoimi organami ! Zbzikowałam...tak teraz jestem tego pewna.
         Dwa samochody zbiły się ze sobą. Nie widziałam,ale słyszałam.
Zostało mi może kilka sekund życia. A może to własnie kara za tamten wypadek? Może tak miało być? Może miałam zginąć? Po co przedłużać te męczarnie? Po co mieć nadzieje na przeżycie? Właściwie to ja już ich nawet nie miałam.....Spojrzałam w dół. Było ciemno. Ujrzałam tylko ciemną otchłań. Kawałek betonu oderwał się w tym momencie od mostu i poleciał w dół. Po kilku sekundach dało się słyszeć plusk wody i zbicie się dwóch kamieni. A więc dno jest wypełnione wodą, na dodatek z kamieniami... myślałam. Moja śmierć będzie krótka, na dodatek bezbolesna....no może prawie bezbolesna. Nie ma co. Upadek z tak dużej wysokości,na dodatek pomiędzy głazy i rwącą rzekę...tego nie da się przeżyć...teraz już mój mózg myślał efektownie. Wiedziałam co chcę zrobić. Wiedziałam co muszę zrobić. Nie chciałam dłużej się męczyć...wisząc w powietrzu. Dokonałam wyboru.W dość szybkim czasie,ale wiedziałam,że jest dobry.
           Rozluźniłam uścisk na metalowej barierze,której się tak kurczowo trzymałam.





                     Wszyscy byli ubrani na czarno. Od stóp do głów. Co do jednego. Jedna,wielka, ciemna plama. Wszyscy nie zmieścili się w kościele,dlatego dużo osób stało na zewnątrz świątyni. Jednak nikt poza księdzem nie odezwał się ani słowem. Nie w takiej chwili. Nie po takich tragediach.
Zebrała się cała szkoła dla uczczenia swoich kolegów. Z racji,że nie było to duże miasteczko wszyscy przyszli. Co do jednego. Wszyscy chcieli uczcić ofiary ``minutą`` ciszy. Jednak cisza trwała już od dobrej godziny. Nikt nie śmiał nic powiedzieć. Nawet nie śmieli się poruszyć. Tylko stali w bezruchu.
Najpierw odbyła się msza ku pamięci zmarłych. To była oczywiście główna intencja wszystkich,ale ...ale intencją prawie tak samo ważną było dla nich zburzenie mostu. W końcu ``To już drugi wypadek w tamtym miejscu. Drugi na przełomie dwóch lat. W obydwóch wypadkach nastąpiły zgony. W pierwszym zginęły cztery osoby w drugim jedna. Za to ciało tej jednej osoby zostało tak zmasakrowane,że nikt z nas nie chciałby na nie spojrzeć. Nikomu nie życzę takiej śmierci.....``-głos księdza zabrzmiał w ciszy. ``Czy to tylko przypadek,że w obydwu wypadkach uczestniczyła,a zarazem była poszkodowana jedna i ta sama osoba?...Czy tak powinno być? Czy to sprawiedliwe? Takie cierpienie? Sądzę,że nie...Nawet życie i jego koniec najgorszego grzesznika nie powinno tak wyglądać.....Najgorsze jest to,że zginęły tylko młode osoby,które tak zaprawdę jeszcze nie zasmakowały życia...Byłem i jestem zszokowany obydwoma wypadkami..Tak być nie powinno. Jestem za tym,aby zburzyć most...Myślę,że tak powinniśmy oddać hołd zmarłym i uchronić innych od tak tragicznego losu,jaki spotkał tych młodych ludzi.Mam nadzieję,że zgodzicie się ze mną. Że pomożecie mi zburzyć ten most...Że tak pokażemy swoją pamięć o nich....o tych,których wszyscy dobrze znaliśmy, jako dobre osoby,które zostały tak strasznie potraktowane przez los...``-duchowny umilkł. Mimo,że nikt się nie odzywał było wiadomo,że każdy zgadza się z księdzem.  Nikt nie chciał mieć takiego losu,jaki mnie spotkał......



_________________________________________________________________________________

Skończyłam . : D Zakończenie jest takie,nie inne,ponieważ jeszcze nie wiem co będzie dalej. Postaram się jednak napisać nowego posta jak najwcześniej .: 3
                                         Pozdrawiam. :**
- Alex .; )

niedziela, 25 marca 2012

Rozdział 6. Why did it happened to me ?!

             Chodziłam ulicami miasta. Nie było to duże miasteczko,dlatego spokojnym tempem przeszłam wszystkimi uliczkami,z żalem w oczach mijałam plac zabaw,z którym związane było tyle wspaniałych wspomnień. Jenak za łąką,na krańcu miasta będę tęskniła najbardziej. Właśnie ona zna najwięcej momentów z mojego szczęśliwego dzieciństwa. To tutaj codziennie przychodziłam. Tutaj odbył się mój pierwszy pocałunek. Tutaj płakałam,cieszyłam się i rozmyślałam. Tak już jako dziecko wyróżniałam się. Nie bawiłam się jakimiś tandetnymi lalkami barbie. Wolałam porozmawiać...o życiu. O tym co jest naprawdę ważne, o tym jak może wyglądać moja przyszłość. Ale nadal byłam dzieckiem. Nigdy bym nie pomyślała,że będę ofiarą,a zarazem przyczyną wypadku. Od zawsze wiedziałam,że życie nie jest usłane samymi różami. Może inaczej...wiedziałam,że jest usłane różami,ale nie byłam głupia...wiedziałam,że nawet róże mają kolce,które bardzo mocno ranią. Ale dzięki swojemu najlepszemu przyjacielowi,który był taki jak ja - inny,myślała,że mnie kolce nigdy nie zranią. Każdego dnia  wyczekując na przyjaciela rozmyślałam o tym,jakie mam szczęście. "Moje życie składa się z samych płatek-bez kolców."-myślałam. I to był błąd.  Byłam tak zakochana w tym wszystkim, co mnie otaczało,że nie zauważyłam,że miłość zawsze wiąże się ze smutkiem,strachem. Nie zauważałam tego,aż do pewnego momentu.
           Usiadłam w mojej ulubionej kawiarni,przy stoliku na zewnątrz. Oglądałam krajobraz zachodzącego słońca i podjadałam lody śmietankowe. Przypomniały mi się stare czasy. Zachody słońca- wtedy codziennie oglądałam je na łące. Razem z Joe. Joe był moim przyjacielem.Najlepszym i zarazem jedynym. Byliśmy nierozłączni. Rozumieliśmy się nawzajem. Nawet nie rozmawiając,wiedzieliśmy jak się czujemy,o czym myślimy. Chłopak mieszkał niedaleko mnie.Całe dnie spędzaliśmy ze sobą. Wszystko robiliśmy razem. Aż pewnego dnia, jego rodzice oznajmili,że przeprowadzają się. Joe płakał,błagał rodziców...zresztą ja także. Ale wszystkie nasze wysiłki były na marne. W ciągu tygodnia przeprowadzili się z Brytanii do Austrii. To był dla nas szok. Tak dużego dystansu nie mogliśmy pokonać...wiedzieliśmy,że tamtego dnia widzieliśmy się po raz ostatni. Były to moje ósme urodziny.Najsmutniejsze urodziny...
Codziennie pisaliśmy do siebie listy z Joe. Opowiadaliśmy sobie o wszystkim...tak jakbyśmy rozmawiali ze sobą w realu. Od wyjazdu przyjaciela myślałam nad sensem życia.Byłam zamknięta w sobie. Nie miałam nikogo poza nim. Strasznie za nim tęskniłam. Nie raz chciałam kupić bilet gdziekolwiek, aby uciec od tego wszystkiego. W szkole widziałam,że każdy się na mnie gapi...czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek....mimo,że kochałam kogoś ponad życie, musiałam się z nim rozstać..i cierpieć....A przecież wcześniej miałam idealne życie złożone z samej miłości...właśnie dzięki Joe'mu zrozumiałam,że nie warto kochać...to zawsze wiąże się ze smutkiem,żalem....
Joe często się przeprowadzał. Z listów wynikało,że jego tata miał problemy w każdej nowej pracy...dlatego też nasze konwersacje stawały się coraz rzadsze, aż w końcu przestaliśmy do siebie pisać...Ostatnia wiadomość od niego...przysłał mi  wtedy kartkę na 13-ste urodziny i bransoletkę z napisem 'Best Friends Forever '. Zawsze mam ją przy sobie. Wierzę,że przynosi mi ona szczęście...może to dzięki niej nie zginęłam.?  To na pewno to tylko moja chora wyobraźnia.....ale lubię wierzyć,że dzięki tej bransoletce Joe jest przy mnie. Nawet nie wiem gdzie teraz mieszka...``Chyba dopiero teraz zdałam sobie sprawę jak mi Ciebie brakuje Joe``...
            Nawet nie zauważyłabym,że zaczęło się robić coraz ciemniej gdyby,nie kelnerka,która wyprosiła mnie z kawiarni,z powodu jej zamknięcia.
Nadal nie chciałam wracać do domu. Sama pośród czterech ścian...bez Joe... mój mózg sam pomyślał o chłopaku,jakby chciał mnie jeszcze bardziej dobić. Właściwie to czemu nadal myślę o nim jako o najlepszym przyjacielu? Przecież nie widzieliśmy się od prawie 9 lat.....tak 16 września minie dokładnie 9 lat od naszego ostatniego spotkania...poczułam coś mokrego na policzku. Zignorowałam to. Mimo,że była już połowa czerwca,dni wcale nie były gorące,a wieczory były dość chłodne. Miałam na sobie letnią sukienkę do kolan i jeansową,krótką kurteczkę....mimo okrycia było mi zimno. Jednak doskwierający chłód nie zmienił mojej decyzji. Postanowiłam wracać do domu na piechotę. Na dodatek telefon mi się rozładował i nie miałam jak zadzwonić do rodziców...miałam tylko nadzieję,że jeszcze nie odchodzą od zmysłów przeze mnie.
         Szłam własnie TYM mostem,pasem przeznaczonym dla pieszych. Było już ciemno. Tylko przymglone światło lamp lekko oświetlało drogę. Było mi już tak zimno,że szłam potulnie skulona. Na dodatek kropił deszczyk i była mgła. Okropne warunki atmosferyczne. Coś kazało mi się rozejrzeć. Jakieś dziwne przeczucie kazało mi podnieść głowę do góry. Tak też zrobiłam. I poczułam się tak ja wtedy. Byłam przerażona. To było coś ja deja vu. Tyle,że bardzo niechciane deja vu. Kilka metrów przede mna zobaczyłam reflektory. Nie tak duże jak wtedy,ale...ale kierowały się w moją stronę. Samochód jechał slalomem,więc wnioskuję, że kierowca musiał być nieźle nawalony. Samochód jechał po ścieżce dla pieszych.Był 3-4 metry przede mną i jechał wprost na mnie. Nie miałam gdzie uciec...

_________________________________________________________________________________

Pisałam ten rozdział 2 dni,ale jestem z niego zadowolona. ; ) Mam już pomysł na dalszą część,dlatego zaraz biorę się za jej pisanie.

     - Alex
       

czwartek, 22 marca 2012

Rozdział 5. My story.

     Pani psycholog zrobiła smutny wyraz twarzy kiedy przestałam mówić. Po prostu nie potrafiłam wykrztusić z siebie nawet słowa.

-Blair...wiem,że jest Ci ciężko--

-Wcale nie! Nic pani nie wie!-przerwałam jej. Nie mogłam więcej słuchać bzdur,które opowiadała. Ona nie czuła i nie czuje tego, co ja. Musiałam jej w końcu uświadomić,że przez swoje gadanie nie zrozumie nikogo...-Każdy kto przeżył wypadek, nie stał się jego ofiarą i tak umiera właśnie przez wypadek. Co z tego,że tutaj zostałam? Co z tego,że dalej jestem na tym świecie? Wszystko przypomina mi tamte straszne momenty. To było gorsze niż najstraszniejszy horror..to działo sie na prawdę! Na moich oczach! I to przeze mnie! I co mi po tym,że moje ciało zostało zdrowe?! Moja psychika jest chora! jest nieuleczalnie chora! Nie mogę po prostu tego wymazać! To ze mną cały czas jest i będzie.!-mówiąc to zalewałam się łzami.- Te obrazy powracają do mnie. Za każdym razem gdy zamykam oczy widzę wszystko. Widzę każdy ułamek sekundy. Ten jeden pieprzony moment nie daje mi żyć! Czuję,jakby to się działo w danym momencie. I wtedy nasuwają się te same pytania. Co mam zrobić? Jak się zachować? Czy to tylko schizy wywołane narkotykiem,a może sen?
I zaczynam siebie nienawidzić za to, jak postąpiłam. Za to,że nie zrobiłam tego,co należało.
    To już ze mną zostanie! Zostanie na zawsze...-dodałam załamującym się głosem. Krzyczałam, płakałam. Nie potrafiłam się opanować. A ona nic. Siedziała z takim samym stoickim spokojem, jak na początku.

-Blair właśnie po to tu jestem. Miałam już kilka przypadków takich jak ty. Bali się przeszłości i nie mogli o niej zapomnieć. Winili siebie za wcześniejsze incydenty. Bali się życia. Nie chcieli nikomu zaufać. Woleli sami się z tym męczyć. Ale zazwyczaj po kilku,kilkunastu wizytach przełamywali się i opowiadali mi swoją historie. Później z dnia na dzień,z miesiąca na miesiąc zaczynali wracać do własnego życia. Takiego jakie chcieli. Mam nadzieje,że ty szybciej mi zaufasz i opowiesz wszystko. Każdą sekundę z tego wypadku. Wiem,że będzie to bardzo trudne,ale spróbuj. Wiem,że masz wystarczająco dużo siły.-dzięki jej głosowi w moim ciele panował spokój. Zaczęłam się co do niej coraz bardziej przekonywać. - Blair uwierz mi,dobrze postąpiłaś. Wtedy,tamtej nocy. Możliwe,że gdybyś ruszyła na ratunek sama także byś zginęła.A tak? Jest o jedna ofiarę mniej.-w mojej głowie zapanował chaos. Czy psycholożka mówiła prawdę. ? Czy bez sensu były te nie przespane noce i zamartwianie się,że wszystko stało się przeze mnie?- Blair przeszłości już nigdy nie wróci Decyzje podjęte ciężko jest zmienić. Niektórych nie możemy zmienić ani trochę. Takie jest życie. Ale ty nie boisz się przeszłości. Nie nękają cię momenty z  życia,dlatego,że podjęłaś złą decyzję. Dzieje się tak bo nic nie wiesz. Nie wiesz co będzie w przyszłości. Nie wiesz kogo poznasz,co będziesz robiła. To własnie przyszłości się boisz. Boisz się,że będziesz musiała stanąć przed trudnym wyborem od którego będzie zależało nie tylko twoje bezpieczeństwo,ale także i innych...znowu. I z tego powodu--

-No własnie-przerwałam jej.-dla bezpieczeństwa innych,którego nie potrafiłam zapewnić. Spanikowałam,bałam się.

-No własnie...nie potrafiłaś. Na ile procent jesteś pewna,że byś kogoś uratowała? Na 20? 30 ? Ale czy ten człowiek były w pełni zdrowy? Z pewnością nie. Jego życie nie wyglądałoby już tak samo. To byłyby dla niego tylko męczarnie.

-W takim razie po co mam to pani opowiadać?-zaczęłam po chwilowej ciszy.-przecierz pani zna tę historię.

-Ale nie z Twoich ust. Tylko ty tam byłaś. Tylko ty wiesz co naprawdę się wydarzyło. Tylko ty to przeżyłaś. Tylko ty potrafisz opisać jak się wtedy czułaś. I to nie ktoś inny ale własnie ty chcesz się uwolnić od strasznych wspomnień...dlatego od ciebie chce i muszę to usłyszeć. uwierz mi, poczujesz się lepiej. Z dnia na dzień będziesz coraz bardziej zapominać.-nie mogłam opanować potoku łez. Nie wiedziałam jak będzie wyglądać moja przyszłość. Nie wiedziałam nic poza jednym-w mojej przyszłości nie ma miejsca dla przeszłości. Już wiedziałam co muszę zrobić.

-I wtedy zobaczyłam przed sobą wielkie reflektory.-zaczęłam znienacka- Byłam przerażona,próbowałam uciec, ale i tak wiedziałam,że nie zdążę. Na szczęście kierowca tira zauważył mnie i skręcił w bok. Prosto w samochód Adriana. Samochód zrobił jednego fikołka i zatrzymał się, uderzając w barierę mostu. Po chwili staną w płomieniach. Spanikowałam. Widziałam jak blachy samochodu płoną,a ogień zaraz wejdzie do środka. uciekłam...nie chciałam na to patrzeć. Biegłam, nie odwracając się. Po kilku minutach usłyszałam za mną wybuch. Dopiero wtedy odwróciłam głowę. Zobaczyłam, jak płomienie leciały ku górze, aby z powrotem położyć się na samochód i trawić go swym ogniem. Wtedy zadzwoniłam po pomoc. Przyjechali, kiedy ogień już słabł. Ciała zostały zwęglone w płomieniach. Nawet nie mieli odpowiedniego pochówku-łzy leciały mi strumieniami. Nie potrafiłam tego opanować.

-Już dobrze.-ton jej głosu zmienił się na jeszcze bardziej współczujący...jeżeli to w ogóle możliwe. Podeszła do mnie i przytuliła.

         Moja wizyta u pani psycholog przeciągnęła się. Spędziłam u niej dwie godziny.
-Przepraszam,że zajęłam pani tyle czasu-mówiłam,wycierając ostatnie łzy z policzków.

-Nic nie szkodzi.-uśmiechnęła się do mnie.-Cieszę się,że mi to powiedziałaś...

Odwzajemniłam jej uśmiech-Dziękuję. Miała pani racje. Może to dziwne,ale już teraz czuję się lepiej. Naprawdę dziękuję.

-Uwierz mi,że nie ma za co. Na tym własnie polega moja praca- obie nie przestawałyśmy się uśmiechać.

-Do widzenia.-pożegnałam się, a po usłyszeniu odpowiedzi wyszłam z gabinetu.

                 Nie miałam ochoty wracać do domu. Kiedy wyszłam z gabinetu postanowiłam udać się na długi spacer. Wróciłam do domu bardzo późno,rodzice zdenerwowali się, ale udało mi się ich jakoś udobruchać. Tygodnie mijały mi bardzo szybko. Spotkania z psychologiem były dla mnie teraz przyjemnością. Nawet przyzwyczaiłam się do wiadomości o przeprowadzce. Co więcej planowałam już jak urządzę mój pokój.Wszystko wydawało mi się prostsze. Koszmary znikały. Nie budziłam się już w nocy z krzykiem. Nie widziałam ICH twarzy. Cieszyło mnie to. Cholernie mnie to cieszyło.
 Nadszedł dzień ukończenia szkoły. Byłam szczęśliwa. Nie mogłam uwierzyć,że już następnego dnia zacznę nowe życie. Poznam nowych ludzi. Zostawię przeszłość daleko za sobą i już nigdy do niej nie wrócę. Perspektywa takiego życia była dla mnie idealna. Ale wiedziałam,że będę tęskniła za miastem...W końcu 16 lat życia w małym miasteczku zostanie w pamięci. Spędziłam tu nie tylko te złe chwile,ale i te najlepsze. Przypominały mi się one już na rozdaniu nagród. Ale było zbyt dużo ludzi,abym mogła na spokojnie powspominać stare,dobre czasy. Dlatego też od razu po ceremonii zostawiłam rodziców i poszłam wprost przed siebie. Miałam zamiar odwiedzić wszystkie miejsca,które kojarzą mi się tylko z dobrymi chwilami. Gdybym wiedział co się stanie....na pewno nie poszłabym na ten spacer...



_________________________________________________________________________________

Uhhh w końcu skończyłam opowiadać historie Blair. Wiem,wiem rozdział jest dłuuugi,ale chciałabym w następnym rozdziale zacząć nowy wątek. Mam nadzieję,że podoba się. : )

- Alex ;3

poniedziałek, 19 marca 2012

Rozdział 4.Will I be free from the pain ?

     Psycholożka delikatnie uśmiechnęła się.
-Cała klasa chciała urwać się na wagary. Mnie i tak zbytnio nie tolerowano w klasie. Dobrze się uczyłam więc nie mogłam być fajna. Ale chciałam, żeby to się zmieniło. Poszłam z nimi. Czułam się strasznie. Nie wiedziałam jak się wytłumaczę rodzicom, ale starałam się wtedy o tym nie myśleć. Szło z nami kilkoro starszych chłopaków. Wykombinowali skądś alko i szlugi. Wzięłam kilka łyków. Spodobało mi się. Wszystkie zmartwienia odeszły.Tak mi się to spodobało,że zaczęłam chodzić po barach. Poznawałam tam starszych kolegów i koleżanki. Właściwie to miałam w dupie jak się dogadywaliśmy,czy jakie były relacje między nami. Najważniejsze było to,że dzięki nim nie miałam problemów z dostaniem się do alko. Coraz później wracałam do domu. Obniżyłam się w nauce i zachowaniu. Ale dla rodziców zawsze znajdowałam jakieś wytłumaczenie. Chodziłam do coraz gorszych barów. Znalazłam swoją 'ekipę'.Należał do niej student,licealista i dwie trzciogimnazjalistki. To,że byłam najmłodsza nie przeszkadzało im. Zawsze się dogadywaliśmy...aż do czasu. Dwa miesiące przed wypadkiem pierwszy raz wzięliśmy amfę. Czuliśmy się nieziemsko.Zero smutków. Wszystko nas cieszyło. Później braliśmy regularnie coraz większe dawki.

-Skąd braliście narkotyk?

-Wieczorami po ulicach kręci się wielu dilerów. My zawsze bralismy od jednego. Mielismy do niego zaufanie. Nie sprzedawał trefnego towaru.

-Powiedziałaś,że braliście regularnie. Codziennie?

-Nie. Co sobotę. W tygodniu kombinowaliśmy kase,a w sobotę chodziliśmy przygrzani.
      Co prawda dzięki amfie czuliśmy się szczęśliwi,ale tylko gdy jej działanie zaczynało słabnąć robiliśmy się bardzo nerwowi. Dość często dochodziło do sprzeczek między nami.

-Tamtej nocy także?

-Tak...Samochód należał do Adriana,studenta,ale to Dave prowadził. Kiedy podczas jazdy dochodziło do kłótni,czyli baardzo często,a któremuś z nas to się nie podobało,wysiadał i wracał do domu na pieszo. Wszyscy mieliśmy daleko,gdyż jeździliśmy do barów w innych miastach.
     Tamtej nocy...-zamarłam. Odczuwałam wszystko tak samo,jak tamtej nocy. Żadna komórka w moim ciele nie słuchała moich poleceń.

-Blair,jeżeli nie chcesz--

-Nie!-krzyknęłam przerywając jej.-Chcę mieć to już za sobą.Zostało mi jeszcze 10 minut. Chcę wyzbyć sie tego ciężaru, który noszę w sobie od roku.

-W takim razie mów dalej.-ton jej głosu uspokajał mnie i dawał siły do dalszej konwersacji,a właściwie do dokończenie opowiadania o mojej pieprzonej przeszłości, która mnie prześladuje.

-Tamtej nocy, gdy już wracaliśmy, narkotyki przestawały działać. Wszyscy byliśmy zdenerwowani. W tamten dzień świętowaliśmy urodziny Adriana. Byliśmy przygrzani bardziej niż zazwyczaj. W samochodzie panowała straszna atmosfera. Miałam wszystkiego dość. Kazałam Daviemu zatrzymać się. Droga była pusta o tej porze,więc nawet nie zjechał na pobocze. Wysiadłam z samochodu. Przechodziłam na drugą stronę mostu i wtedy...- łzy pociekły po moich policzkach.Miałam coś w gardle. Coś co nie pozwalało mi mówić. Poddałam się. Nie dam rady.

________________________________________________________________________________

Nie mam siły na dłuższy rozdział,dlatego skończyłam w takim momencie.
                                           Pozdrawiam x  ; )

-Alex

czwartek, 15 marca 2012

Rozdział 3. Operation SAVE MYSELF - initiated.

    Tydzień minął mi tak jak każdy od czasu wypadku. Nadeszła pora na kolejną wizytę u psychologa. Miałam mieszane uczucia. Z jednej strony byłam zła,że muszę chodzić tam, jakbym była jakąś wariatką, ale z drugiej. . . z drugiej strony cieszyłam się. Mam godzinę na to, aby opowiedzieć jej o tym wszystkim, co mnie boli. O każdym momencie z mojego życia,którego się boję, którym mnie prześladuje. Boję się,że to wróci, tak niespodziewanie jak się pojawiło. Weszłam do gabinetu. Byłam spóźniona 10 minut. Przeprosiłam psycholożkę i usiadłam na kozetce.

-Nie zapyta mnie pani o nic?-zapytałam zirytowana, kiedy po 5 minutach nie usłyszałam pytania.

-Zacznij. Odkąd tutaj weszłaś chcesz mi o czymś powiedzieć. A więc słucham.

-Dobrze...a więc-zanim tutaj weszłam, układałam sobie w głowie co mam jej powiedzieć. Z moich przemyśleń nic nie zostało. Miałam w głowie pustkę.-nie wiem. nie wiem jak zacząć.

-Wolisz odpowiadać na pytania? No dobrze...-zastanowiła się - A więc od czego to wszystko się zaczęło? Ska wzięły się te sny?

           Cofnęłam się myślami do dnia wypadku, do tego co się przed nim wydarzyło. Otworzyłam usta,ale już po chwili zamknęłam je. Co miałam jej powiedzieć? Że to wszystko przez wypadek? Ale jak do niego doszło? Jeszcze głębiej zanurzyłam się we wspomnieniach. Wszystko przez głupia sprzeczkę. Ale przecież mieliśmy milion podobnych. Dlaczego akurat ta musiała być,aż tak tragiczna w skutkach?! A co z przyczynami sprzeczki? I z kim niby miałabym się kłócić? Przecież "byłam wzorowa,perfekcyjna"... przeglądałam moje wspomnienia jak album fotograficzny. Wtedy miałam już innych znajomych, z którymi bawiłam się przy środkach odurzających,a nie przy książkach. Ale jak ja jej o tym powiem.?! Przecież rodzice nic nie wiedzą...a co będzie, jeżeli ona im o wszystkim powie? Boże, po co ja tutaj przychodziłam ?

-Blair...jesteś tu jeszcze? -psycholożka nadal miała kojący ton głosu.

-Jestem,jestem..

-A więc jak? Odpowiesz na pytanie ? -jej słowa odbijały się w mojej głowie jak echo.                               Jeżeli jej powiem mogę ryzykować ogromna kłótnia z rodzicami, co ani trochę nie byłoby mi na rękę. A jeżeli nie? Jeżeli jej nie powiem o tym całym bólu, wszystkich kłamstwach...to wszystko dalej będzie we mnie tkwiło, pojedzie ze mną do nowego miasta...A przecież postawiłam sobie konkretny cel - NIE WRACAĆ  do starego życia, nawet wspomnieniami. ZACZĄĆ NOWE  ŻYCIE. Być człowiekiem bez przeszłości. Zapomnieć o wszystkim co jest udręką...zacząć wszystko na nowo.
Aby tego dokonać muszę komuś opowiedzieć moja historię...inaczej nigdy nie ruszę do przodu. Dalej Blair...dasz radę!

-Wszystko zaczęło się od...od niewinnych wagarów.-słowa ugrzęzły mi w gardle i nie miały zamiaru wyjść. Co z tego,że MOŻE  zapomnę,kiedy jej o tym powiem. Jeżeli rodzice sie dowiedzą..nie nie mogę ich stracić! Nie teraz!- Musi mi pani coś obiecać.

-Słucham?

-Każde słowo,każde zdanie,które wypowiem. Wszystko co pani ode mnie usłyszy...to wszystko musi pozostać między nami.

-Dobrze. Uroczyście Ci przysięgam-mówiąc to uniosła dwa palce ku górze- że wszystko pozostanie miedzy nami.
   Zastanowiłam się chwilę. - Był to pierwszy dzień wiosny,wie pani dzień wagarowicza.-mimowolnie uśmiechnęłam się.

________________________________________________________________________________

Ten rozdział jest jakby wprowadzeniem. Bardzo ogólnie opowiedziana przeszłość Blair, a najbardziej to co czuje w danym momencie. W następnym rozdziale postaram się ująć przeszłość Blair,aż do dnia, z którego wspomnień boi się nasza bohaterka.

- Alex.

środa, 14 marca 2012

Rozdział 2. Sometimes past is worse than the future.

          -Znajdziemy Ci inną.- odpowiedziała ze spokojem mama. Chyba zaskoczyłam ją tym,że tak łatwo zgodziłam się na przeprowadzkę. Nienawidzę zmieniać otoczenia. Bardzo trudno jest mi się zaklimatyzować w nowym środowisku.

-Mamo..-zaczęłam nieśmiało.- Mam do Was prośbę..właściwie dwie.

-Tak?

-Czy mogę skończyć tutejsze gimnazjum? Zostało półtorej miesiąca. Byłoby bez sensu zaczynać i zaraz kończyć nową szkołę.

-To oczywiste. Przeprowadzimy się w wakacje.

-To dobrze.Ale. . .- zatrzymałam się. Czy mogę stawiać im warunki.? W końcu obojgu rodzicom podobało się tutaj i lubili swoja pracę...dla mnie z tego rezygnują. . .

-Ale ?- głos mamy wyrwał mnie z zamyślenia.

-Może to dziwnie zabrzmi...Czy mogłabym chodzić to tej samej pani psycholog? Jest bardzo cierpliwa i nie uważa,że źle postąpiłam. Nie mówi mi co mam robić i wysłuchuje mnie. Wiem,że to dziwne,ale juz po jednej wizycie przywiązałam się do niej. Myślę,że jest to osoba,która potrafi mi pomóc.

-Oczywiście,że możesz. Zrobimy wszystko,abyś wróciła do dawnego życia. Zobaczysz, już niedługo będziesz żyła tak jak kiedyś-odpowiedziała uradowana.

    Entuzjazm mamy udzielił mi się. Ale czy chcę wrócić do dawnego życia? Zależy, o które chodzi. Czy o te, kiedy byłam wzorową uczennicą i córką, kiedy zadawałam się z grzecznymi rówieśnikami,przynosiłam same dobre oceny, całe dnie spędzałam w podręcznikach szkolnych,a weekend mijały mi na czytaniu książek ? Czy może o te, kiedy to wszystko było tylko przykrywka dla prawdziwej mnie.? Kiedy pod pretekstem wspólnej nauki z przyjaciółmi, szwędałam się po barach, często z nieznanymi mi osobami, kiedy piłam tyle, ile się dało. Nie potrafiłam tego zatrzymać. Przyszedł nawet czas, kiedy brałam amfę. Przez pierwsze trzy miesiące po wypadku byłam przygnębiona właśnie przez narkotyk. Nie marzyłam o niczym innym. Chciałam coś wziąć. Jakiekolwiek prochy, albo nawet spróbować wbić się w kanał. Aby tylko ból minął. Żebym nic nie czuła. Była obojętna. Ale udało mi się. Udało mi się przezwyciężyć pragnienie. Od roku nic nie brałam, ani nigdzie nie wychodziłam.
       Nie... nie chcę wrócić do dawnego życia. Chcę zacząć nowe. Mieć czystą kartę.

_________________________________________________________________________________

Dzisiaj tak krótko. Trochę o przeszłości Blair. Jak już pisałam nie chcę ujawniać wszystkiego naraz. Zaraz zabieram się za pisanie nowego rozdziału. ; ) Mam nadzieję,że podoba się .

-Alex.

wtorek, 13 marca 2012

Rozdział 1. After all of this... Can I change myself.?

             Wracałam z rodzicami do domu. Nikt z nas nie odezwał się nawet słowem. Jechaliśmy właśnie TYM  mostem. Tym cholernym mostem,na którym to się wydarzyło. Próbowałam powstrzymać łzy, ale nie udało mi się. Wspomnienia tamtej nocy do mnie wróciły. Znowu. Mimo,że minął już rok, mi wydaje się jakby to wszystko było wczoraj. Rany w ciele fizycznym zagoiły się...zostały tylko małe blizny. Blizny,które już do końca życia będą przypominały mi o tamtym zdarzeniu. Za to rany w ciele duchowym, ani trochę się nie zmniejszyły. Wręcz przeciwnie. Przez wspominanie tamtej nocy pogłębiły się. Moja psychika...o nią lepiej nie wspominać. Ledwo co trzymam się na tym świcie. Gdyby nie moi rodzice, którzy robią wszystko, abym się nie zadręczała, abym znowu wróciła do normalnego życia, to pewnie już dawno by mnie tu nie było. Uroniłam łzę. Gorzka ciecz spływała po moim rozgrzanym policzku,paląc go, po czym zatrzymała się na moich wargach. Nie mogłam dłużej utrzymać lawiny smutku w moich oczach i wypuściłam całą falę cieczy na zewnątrz. Nurt łez zalewał moje policzki,wargi,nawet dotarł do szyi. Chlipnęłam nosem. Moja mam obróciła się.

-Kochanie...już dobrze.-mówiła z czułością.-zatrzymaj samochód.-powiedziała do taty.
-Nie!-krzyknęłam-przepraszam, ja...ja po prostu chcę już być w domu, albo przynajmnije nie jechać dłużej tym mostem.
-Masz rację.   Wiesz musimy o czymś powiedzieć.-zaczęło po kilku minutach niezręcznej ciszy.-wcześniej,kiedy nie zgadzałaś się na spotkania z psychologiem,my się z nim konsultowaliśmy. Nic Ci nie mówiliśmy, bo wiedzieliśmy,że nie będziesz z tego zadowolona.

-Po cholerę to robiliście.?!-wydarłam się na nią-przecież nie jestem psychicznie chora! To tylko te głupie koszmary! Dużo ludzi takie miewa,ale nie są od razu traktowani jak wariaci!

-Nie jesteś żadną wariatką kochanie-powiedziała łagodnie mama. Za jakie grzechy Bóg pokarał ją taka córka jak ja.?!- Po prostu od roku z nikim się nie spotykasz i od roku masz te dziwne sny. Uznaliśmy,że musimy Ci jakoś pomóc, nie możesz się tak męczyć.

          Nie miałam zielonego pojęcia, co mam jej odpowiedzieć. Siedziałam cicho, skulona na tylnym siedzeniu auta. Było mi coraz bardziej głupio. Gdy tak się nad tym zastanowiłam, to nie zobaczyłam nic złego w tym,że moi rodzice chodzili na spotkania z tą psycholożką. Próbowali mi pomóc. Byłam zbyt trudna, aby sami sobie ze mną poradzili. Po prostu się o mnie troszczyli. W końcu miliony dzieciaków na świecie mają rodziców,którzy ich nie kochają lub nie posiadają nawet ich nie posiadają.... Ciepło mi się robi na sercu, kiedy myślę o tym w ten własnie sposób. Kochają mnie, a ja kocham ich. Mam na kim polegać. Może spotkania z tą psycholożką to nie znowu taki straszny pomysł. Mogę się z nią podzielić wszystkimi moimi obawami. Chciałabym o tym porozmawiać z rodzicami,ale po prostu nie potrafię. Oni i tak się o mnie martwią. Jestem dla nich wystarczającym ciężarem. Oni mają swoje problemy, ja mam swoje. Tak. Postanowione. Na następnej wizycie porozmawiam z psychologiem o moich obawach, lękach i odczuciach.

-Posłuchaj...-zaczęła mama- Betty...to znaczy pani psycholog, doradziła, abyś zmieniła środowisko. To pomoże Ci o wszystkim zapomnieć i znaleźć nowych znajomych. Dlatego przeprowadzamy się.

-Słucham?!-wybuchłam. Od tamtej tragicznej nocy, bardzo często zmieniał mi się nastrój. Nie potrafiłam panować nad uczuciami. Ale po chwili jakoś się opanowałam. Muszę się poprawić. Dla rodziców. Niech zobaczą,że się staram,że chcę zapomnieć- W porządku. Ale co ze spotkaniami z panią psycholog?


______________________________________________________________________________

W tym rozdziale nie dzieje,się nic ciekawego. W następnym akcja będzie się powoli rozwijać.  Jak na razie nie wiadomo o co chodzi,ale nie chcę ujawnić wszystkiego od razu. Wszystkie `brudy` Blair będą powoli wychodzić na światło dzienne. ; )

 - Alex

poniedziałek, 12 marca 2012

Prolog.

-Nazywam się Blair.Mam 16 lat i nienawidzę swojego życia. Nienawidzę siebie samej. Wszystko przez jeden incydent...moja przeszłość nie daje mi spokoju. Budzę się w nocy z krzykiem. Wszystkie sceny tego tragicznego wypadku przelatują mi przed oczami. I wtedy ich widzę. Widzę ich twarze. Mają smutne miny. Chce mi się płakać. Przepraszam ich i błagam,aby mi wybaczyli,żeby się wreszcie ode mnie odczepili. Wtedy oni przybierają straszny wyraz twarzy. Jeżeli to, jak wtedy wyglądają ich buzie można nazwać twarzami. Ich oczy..ich oczy mają same białka, skóra przybiera szaro-brunatnozielonego koloru. Koloru, na którego wspomnienie mam dreszcze. Czuję wtedy ten ochydny zapach...zapach zgnilizny. Rozszerzają usta. W środku jamy ustnej widać nicość. Czarna przestrzeń, która mnie jakby pochłania. Jeszcze bardziej czuć odór stęchlizny. To jest...to jest okropne. Wyciągają do przodu ręce,tak jakby chcieli mnie zabrać,jakby chcieli, abym z nimi poszła. Słyszę głosy. Jest ich pełno. Krzyczę, cały czas krzyczę. Błagam ich,aby przestali. Cała się trzęsę ze strachu.- tak wyglądała moja pierwsza odpowiedź na pierwszym i mam nadzieję,że ostatnim spotkaniu z psychologiem.
-Dobrze...A co dzieje się dalej? Co wtedy robisz? Jak przed nimi uciekasz?-z ust 'mojej' pani psycholog padły kolejne pytania.
-Wtedy zazwyczaj do pokoju wchodzą rodzice. Podchodzą do mnie, przytulają mnie, a oni patrzą na mnie. Patrzą na mnie z zazdrością. Otaczają moich rodziców swoimi ramionami tak,jakby chcieli mi przekazać, że kiedyś ich stracę, że mi ich zabiorą. Że będę pogrążona w rozpaczy, tak jak oni.
-Skąd to wiesz.?
-Słucham ? -nie zrozumiałam jej pytania.
-Skąd wiesz,że są w rozpaczy?
-Ich wzrok, ich wyraz twarzy...wszystko można z nich wyczytać. Poza tym słyszę ich głosy i tysiące innych. Rzadko coś rozumiem,ale czasami udaje mi się wyłapać pojedyńcze słowa,zdania.

Pani psycholog zerknęła na zegarek.
-Szkoda,że zaczęłaś ze mną rozmawiać dopiero w ostatnim kwadransie. Następna nasza wizyta odbędzie się za tydzień, o tej samej porze.

Po prostu wstałam i wyszłam. Nie miałam ochoty na jakieś uprzejmości, a tym bardziej na wizyty z psychologiem. Przecież nie jestem żadną piepr*oną wariatką!

________________________________________________________________________________


Mam nadzieję,że się podoba .: ) Postaram się dodawać posty regularnie. Jeżeli możecie zostawcie komentarze. : )
  -Alex